6 lipca 2025 / sztuka, zwierzęta
Matisse, jego córka i mój kot
Dalszy ciąg wycieczek po muzeach z przyjacielem, który im bliżej powrotu do siebie, tym energiczniej pragnie zobaczyć to i owo. Pogoda nam sprzyja, gdyż znów upał, czyli wspaniale ogląda się obrazy w przestrzennych i niezatłoczonych klimatyzowanych salach, co spotkało nas w Musée d’Art Moderne de Paris przy Trocadéro.
Przyjaciel jest niecierpliwy i biega, robiąc szybko dużo zdjęć plus wideo (na FB bardzo lubią widea, poinformował mnie, wtedy dużo więcej ludzi obejrzy). No i muszę go fotografować „na tle”, wtedy on z wdzięczności też czasem mnie fotografuje.
Na wystawie obrazów Matisse’a, na których malarz malował córkę Marguerite, przyjaciel postanowił sfotografować mnie na tle zielonego obrazu „Popołudniowa herbatka”, zrobionego w domu pod Paryżem. Obraz, prócz interesującej nas zieleni, miał w sobie czar i pełny był pikantnych życiowych szczegółów: Marguerite wietrzy sobie stopę, zsuwając pantofel, pies drapie się za uchem i tak dalej. Trudno było nam znaleźć dobry moment, żebym i ja wyglądała wdzięcznie, i obraz był widoczny w całości, gdyż cały czas właśnie wtedy przed obrazem ustawiali się ludzie.
– A pani ma taki zielony płaszczyk jak ten obrazek! – zauważyła dowcipnie jakaś starsza osoba, odpychając mnie, żeby przeczytać podpis.
– Nie tu, tylko tam! Nie tam, tylko tu! – wydawał tymczasem polecenia przyjaciel, a ja starałam się wyglądać wdzięcznie.
– Nie, nie robimy tu! – uznał wreszcie. – Wyglądasz strasznie, jesteś jakaś gruba, co to za okropna sukienka! Jakbyś była w ciąży! – zachichotał.
Przeszliśmy dalej. Musiałam go gonić, bo jak tylko przystanęłam przed którymś z obrazów, traciłam go z oczu. Jedna sala, druga sala… Widzę go. Robi wideo szkiców i nieco dalej przystaje przed portretem Marguerite z czarnym kotem.
– Zupełnie jak Niger! – zauważa, gdy podchodzę. Przyjaciel znał kota, którego kiedyś wyciągnęłam spod maski auta, piszczącego wniebogłosy, dzięki temu go spostrzegłam. Kocina była maleńka, umorusana w smarze. Wrzuciłam nieboraka do niewielkiej ilości mąki, ale to się nie powiodło, musiał znieść kąpiel. Towarzyszył mi przez całe swoje długie życie, w połowie którego okazało się, że to nie Niger, ale Nigeria.
– Tak, Nigerek – przytaknęłam. Portret wydał mi się jakby bliższy. Matisse chyba też go lubił, nigdy nie chciał go sprzedać.
Ganialiśmy się tak po wszystkich salach, bo przyjaciel również chciał mieć okolicznościowe zdjęcia, a portretów córki namalował Matisse wiele, gdyż dziewczynka od małego kręciła się po atelier, obserwowała pracę ojca i pozowała mu. Później sama zaczęła malować, ale głównie zajmowała się interesami ojca.
Gdy w 1923 roku wyszła za mąż i przestała mu regularnie pozować, Matisse zatrudnił zawodową modelkę Henriette. Na kilku obrazach występują obie kobiety, ustawione jak aktorki na scenie. Zdjęcia, szkice… Matisse przygotowywał się do każdego obrazu jak do scenografii w teatrze. Na przykład „Taras”. Ukośna linia oddziela strefę cienia od strefy światła; po prawej, w cieniu, króluje Henriette, w jednej ręce trzyma skrzypce, w drugiej smyczek, jakby przed chwilą skończyła grać. Patrzy na Marguerite, leniwie wyciągniętą na czerwonym pufie po lewej stronie, w świetle. Kompozycja jest starannie obmyślona, w tym pomagała mu córka, była jego „scenografem”. Akcja malowania odbywa się w starym nicejskim hotelu „Méditerranée”, o którym Matisse powie, że „wszystko jest w nim sztuczne, absurdalne, ale cudowne i urocze”. Ten sztuczny charakter otoczenia pozwala na zaskakujące fantazje. Tkanina zarzucona na balustradę balkonu nie pozwala rozpoznać miejsca i ukrywa biegnącą w dole Promenadę Anglików. Tylko czubki dwóch drzew za balkonem sugerują istnienie innej przestrzeni, morze bowiem i niebo to dwa abstrakcyjne pasy bieli i błękitu. Na podłodze stoją w dziwnych miejscach wazony z anemonami. Marguerite ma na sobie długi haftowany kaftan bez rękawów, a Henriette bufiaste pantalony opuszczone nisko na biodrach. Jej nagi tors zapowiada serię „haremowych” obrazów, nazwaną później Odaliski.
Wracając zaś do domu autobusem i wyglądając przez okno, zauważyłam galerię z wystawą pełną niedoskonałych Matisse’ów.
Ja przed zielonym
Portret Marguerite nastolatki i drugi późniejszy. Ten drugi przez płaskie choć wibrujące tło i grube czarne kreski często przyrównywany do bizantyjskich ikon
Obraz z kotem
Sztuka schodzi na ulice, czyli Matisse niedoskonały na Caulaincourt