Moje miejsce, moje rzeczy i ja

Wersja oficjalna

zdjęcie Joanny z numerkami, pierwsze

1. Ja

68 lat, mieszkanka Paryża od ponad 40 lat.

2. Telefon

iPhone z dodatkową baterią, w różowym futerale (zupełnie znika jego uroda szklanego prostokąta).

3. Sweter

Firma Kamille, sklep koło hotelu Lutetia Paris, styl zdominowany przez krawców holenderskich, tacy unowocześnieni hipisi; sweter ma swoje własne proporcje, jest jakby zszyty z dwóch swetrów, puchaty, bardzo ciepły, nierówny, sprawiający wrażenie z lekka niechlujnego. Mój ukochany zimowy sweter.

4. Spódnica

Dries van Noten, zakupiona w jego flagowym butiku w Antwerpii w latach dziewięćdziesiątych. Zdarzenie z tym związane – znalazłam się w Antwerpii z przyjaciółką, myśląc, że to koniec mojego małżeństwa. Nie zgodziłam się, żeby zamieszkał z nami w Paryżu brat męża, upierdliwy nieudacznik, i opuściłam domowe pielesze. Byłam pewna, że mąż wybierze brata, więzy krwi i tak dalej. Okazało się, że wybrał mniejsze zło, czyli mnie, brata umieszczając w hotelu. Po dwóch tygodniach wróciłam do domu jako zwyciężczyni, w dodatku mam wspaniałe wspomnienia z Antwerpii, po której spacerowałyśmy z przyjaciółką często do późnej nocy, czując się całkowicie bezpiecznie. No i prócz wspomnień mam spódnicę, która przetrwała ponad trzydzieści lat w stanie nienaruszonym, wciąż fajna (wygląda na zwykłą marszczoną spódnicę, ale ma bardzo skomplikowany krój, czego nie widać).

5. Buty

Ciężkie czarne półbuty, firma Jil Sander, niemiecka stylistka mająca swój okres międzynarodowej chwały w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to nabyła czteropiętrowy dom przy rue Montaigne i całkowicie go wyremontowała w stylu imponującym prostotą, marmur i szkło. Półbuty zostały nabyte w tym okresie, zawsze były ciężkie, ale chodziły w nich obowiązkowo sprzedawczynie, więc zapowiadały się na wygodne, co się sprawdziło. I w ogóle się sprawdziły, bo mam je już trzydzieści lat. Jil Sander w międzyczasie poniosła zawodową klęskę, sprzedała firmę Pradzie, która ją zniszczyła. Długa historia. W tej chwili budynek zajmuje firma Dolce & Gabbana, która przerobiła go w stylu karawanu (fasada czarna i ponura, choć trochę błyszczy).

6. Rower

Na którym powinnam częściej ćwiczyć

7. Taboret

Byłby zwykłym XIX-wiecznym taboretem z mahoniu, tyle że ma wygięte siedzenie. Na tę przynętę złapał mnie wiejski antykwariusz. (- Co za pomysł, żeby wydawać na taboret tyle pieniędzy! – zrzędził mój długoletni przyjaciel, który miał znajomych, szanujących się marszandów, na paryskim Marché aux Puces. – I to jeszcze u antykwariusza na zabitej wsi!). Antykwariusz zajmował piękną, choć zniszczoną posiadłość w miasteczku Noron, był to stary gołębnik, czyli na miniaturowym pałacyku na dachu były rozbudowane gołębniki chyba dla gołębi pocztowych… Tak sobie to w każdym razie wyobrażałam.

8. Obraz

Dzieło przyjaciółki malarki, niby mój portret, a raczej portret moich kolczyków z korala.

9. Fotel

Skórzany fotel firmy Cassina, zakup mojego męża sprzed wielu lat. Mąż rozsądny i wydający pieniądze „z sensem” (odwrotnie niż ja) nie mógł sobie wyobrazić, żeby zapłacić za fotel tej marki tyle, ile sklep firmowy przy bulwarze Saint Germain za niego żądał, czyli ponad dwa tysiące euro. „Po moim trupie zapłacę tyle za zwykły fotel!” – oświadczył. Fotel więc został zakupiony taniej, z wystawy w salonie meblowym w Los Angeles, gdzie mieszkał przyjaciel męża, kiedy zmieniano wystawę. Następnie przyjaciel go zapakował i wysłał do innego przyjaciela do Chicago pocztą zwykłą, przesyłka szła parę tygodni, a nawet dłużej. Adresat rozpakował fotel i kilkakrotnie na nim usiadł lub też wręcz w nim przesiadywał, żeby go podniszczyć i żeby fotel mógł dalej podróżować jako porządnie używany, aby nie płacić cła. Fotel dotarł do nas po roku od chwili zakupu, gdy już dawno o nim zapomniałam, jak i o chęci posiadania go. Był najulubieńszym fotelem mego męża, który pozwalał na nim siedzieć tylko swojej ukochanej suczce, Twinnie.

Bonus

Twinny, jedna z pięciu naszych suczek

Olejny portret suczki Twinnie na fotelu firmy Cassina (aut. Magdalena Laskowska)